Św. Andrzej Bobola - wspomnienie 16 maja

Kategoria: Święci i Patroni Opublikowano: środa, 17 maj 2017 Agnieszka Malicka Drukuj E-mail

Święty Andrzej Bobola 

 

(30 listopada 1591 - 16 maja 1657)

 Męczennik, Patron Polski 

 

Święty Andrzej Bobola. Łowca dusz.

 

Usłyszałem pukanie, a później poczułem mocne uderzenie w prawe ramię. Zobaczyłem nad sobą zwalistą postać w czarnej sutannie. Była druga w nocy. W pierwszej chwili pomyślałem, że to napad na plebanii - tak wspomina swoje pierwsze „spotkanie” z Andrzejem Bobolą ks. Stanisław Niźnik. Trudno się dziwić, że znany z porywczego charakteru święty w ten nietuzinkowy sposób postanowił przypomnieć o sobie pracującemu w Strachocinie księdzu proboszczowi. Czego można było się spodziewać po jezuicie, którego jeden z przełożonych uznał, ze względu na gwałtowność charakteru,  „za niezdatnego do nauczania w szkołach i piastowania urzędu przełożonego”?

 

Pojawienie się w Strachocinie to nie był pierwszy przypadek, gdy święty Andrzej „interweniował” w swojej sprawie. Dopominał się bowiem o należną mu cześć wielokrotnie i w sposób bardzo intensywny.

 

Gdyby pokusić się o nakreślenie psychologicznego portretu Andrzeja Boboli, z pewnością jego osobowość można by zaliczyć do cholerycznej.

Gwałtowny, szybko reagujący na bodźce, działający pod wpływem emocji, uparty, często denerwuje się i krzyczy, ale również zdecydowany, posiadający silną wolę, energiczny, mocno zaangażowany w to co robi, dynamiczny, aktywny, wzbudzający zaufanie…

Św. Andrzej doskonale zdawał sobie sprawę z trudności swojego charakteru i z tego, że swoim zachowaniem może sprawiać przykrość najbliższym i współbraciom. Dlatego nieustannie pracował nad sobą, starając się poskromić „ciemne” strony swojej osobowości, a rozwinąć te, które pomagały mu w wypełnianiu powołania.

 

Poprzez modlitwę, codzienne odprawianie Mszy Świętej, żywy kontakt z Ewangelią doszedł w tych staraniach do perfekcji, że aż przełożony zakonu zwrócił się do generała jezuitów, aby dopuścił Andrzeja do „profesji uroczystej” – najwyższego stopnia w formacji jezuickiej, który w tamtym czasie był dostępny jedynie dla zakonników wybitnie uzdolnionych, odznaczających się nieskazitelną moralnością i stanowiących wzór do naśladowania dla pozostałych współbraci.

 

Misjonarz.

Andrzej Bobola w wieku 20 lat wstąpił do jezuitów w Wilnie, ale już wcześniej miał do czynienia z tym zgromadzeniem, gdyż ukończył szkołę jezuicką, zdobywając tym samym humanistyczne wykształcenie.

Studia z filozofii i teologii zrobił na Akademii Wileńskiej, po czym przyjął święcenia kapłańskie w 1622 roku.

Był rektorem i prefektem bursy dla młodzieży w Nieświeżu,  rektorem kościoła w Wilnie, przełożonym nowego domu zakonnego w Bobrujsku, kaznodzieją w Warszawie, kierował Sodalicją Mariańską (katolickim stowarzyszeniem dla studentów), przede wszystkim zaś był misjonarzem na Pińszczyźnie i Polesiu.

 

W każdej miejscowości w jakiej się znalazł poszukiwał ludzi ze społecznego marginesu, chodził od domu do domu, by rozmawiać z nimi i  przybliżać im Ewangelię. A ponieważ potrafił pięknie mówić, ludzie chętnie go słuchali i tłumnie ciągnęli na msze święte, aby posłuchać jego kazań.

 

Posiadał również charyzmat słuchania spowiedzi. Przychodzili do niego zatwardziali grzesznicy i po otrzymaniu rozgrzeszenia diametralnie zmieniali swoje życie. Wielu prawosławnych pod wpływem nauczania świętego Andrzeja, przeszło na katolicyzm.

 

 

 

Męczennik.

Tereny, na których Andrzej Bobola pełnił posługę misyjną, graniczyły z Rusią i były bardzo często najeżdżane przez wojska kozackie, które napadały na wioski, okradały mieszkańców i brutalnie mordowały Polaków oraz Żydów.

W roku 1657 Kozacy zaatakowali Pińsk, gdzie akurat pracował św. Andrzej. Kiedy dowiedzieli się, że w miejscu tym przebywają jezuici: o. Maffon i o. Bobola, stali się oni ich głównym celem.

Zakonnikom udało się jednak uciec z Pińska, ale Kozacy szybko odnaleźli o. Maffona, który ukrył się w pobliskim Horodcu i zamordowali go.

Andrzej dotarł aż do Janowa, oddalonego o 30 km od Pińska, później do Peredił skąd miał udać się do wsi Mogilno. Niestety w czasie podróży wpadł w ręce Kozaków.

 

Napastnicy najpierw kazali Andrzejowi wyrzec się wiary w Jezusa, a kiedy zakonnik sprzeciwił się ich żądaniom poddali go bestialskim torturom. Dość wspomnieć, że oprawcy wyrwali mu język, wydłubali oko i zdarli skórę z pleców… Święty Andrzej zmarł w okrutnych męczarniach 16 maja 1657 roku. Jezuici zabrali jego ciało, pochowali w podziemiach klasztornego kościoła w Pińsku i bardzo szybko zapomnieli o męczenniku.

 

 

Święty.

Dopiero w 1702 roku sam św. Andrzej upomniał się o należytą cześć dla swoich doczesnych szczątków, ukazując się rektorowi kolegium pińskiego i wskazując miejsce swojego pochówku.

Od tego momentu zaczął szerzyć się kult wokół Andrzeja, a za jego przyczyną wierni otrzymywali wiele łask i doznawali cudów.

Proces beatyfikacyjny rozpoczął się w roku 1712, ale z powodu kasaty jezuitów, wybuchu wojny i rozbiorów Polski został odroczony i Andrzej Bobola został ogłoszony błogosławionym 30 października 1853 roku, a wyniesiony na ołtarze dopiero 17 kwietnia 1938 roku.

Jego relikwie znajdują się w warszawskim kościele jezuitów przy ul. Rakowickiej, najpierw były przechowywane w kaplicy zakonnej, a obecnie wystawione są w sanktuarium narodowym św. Andrzeja Boboli.

Od 2002 roku Święty nosi tytuł patrona Polski. Jest on również patronem kolejarzy.

 

Odnajdźcie moje ciało!

Już 40 lat po swojej męczeńskiej śmierci, kiedy niemal zupełnie o nim zapomniano, święty ukazał się rektorowi kolegium jezuickiego w Pińsku. Kiedy 16 kwietnia 1702 roku ksiądz ks. Marcin Godebski modlił się o pomyślność dla przeżywającej trudności szkoły ukazał mu się nieznany jezuita, przedstawił jako Andrzej Bobola, i zapewnił, iż będzie miał klasztor w opiece pod warunkiem, że jego ciało zostanie odnalezione  i otoczone odpowiednią czcią. Aby ułatwić spełnienie tego żądania zakonnik dwukrotnie wskazał miejsce swojego spoczynku. Po trzech godzinach pracy wykopano z ziemi trumny z łacińskim napisem: „Ojciec Andrzej Bobola Towarzystwa Jezusowego przez kozaków zabity”. Jak wielkie musiało być zaskoczenie kiedy po otwarciu trumny ujrzano zwłoki, zachowujące świeży wygląd, ze wszystkimi śladami tortur. A należy pamiętać, że męki jakim poddano Andrzeja Bobolę należały do szczególnie okrutnych. Dla schizmatyckich kozaków jezuita był bowiem wrogiem najgorszego sortu – jako znany „duszochwat” przywracający ruską ludność na łono Kościoła Świętego.

 

Bicie nahajami, kopanie i wielokilometrowy bieg z rękami przywiązanymi do pary koni stanowiły jedynie preludium do okrutnej kaźni, która miała czekać jezuitę. Jej najokrutniejsza część rozegrała się w miejskiej rzeźni w Janowie Poleskim. Rządni krwi oprawcy wcisnęli męczonemu duchownemu na głowę uplecioną z gałązek dębowych koronę. Policzkowanie szybko przerodziło się w zadawanie brutalnych, wybijających zęby uderzeń pięścią. Udręczone ciało wylądowało na stole, na którym przypalano je żywym ogniem. Na miejscu tonsury kozacy wycięli mu ciało do kości, zaś z pleców zdjęli skórę wykrajając na nich krwawy „ornat”. Rany posypali sieczką, a następnie odcięli męczonemu nos, uszy i wargi, a pod paznokcie wbili drzazgi. Nie mogąc już dłużej znieść niezłomnej postawy męczonego kapłana, który mimo straszliwego bólu nieustannie trwał przy świętej wierze, powtarzając „jestem księdzem katolickim kapłanem. W tej wierze się urodziłem i w niej też chcę umrzeć. Wiara moja jest prawdziwa i do zbawienia prowadzi. Wy powinniście żałować i pokutę czynić, bo bez tego w waszych błędach zbawienia nie dostąpicie. Przyjmując moją wiarę, poznacie prawdziwego Boga i wybawicie dusze swoje” okrutni oprawcy wyrwali Andrzejowi Boboli język wycinając w karku otwór. Ciało szarpane drgawkami powieszono głową w dół. Po dwóch godzinach dalszych tortur odcięto je, a dowódca oddziału około godziny trzeciej po południu, uderzeniem szabli zakończył te nieludzkie męczarnie dobijając zakonnika.

 

Odnalezione dzięki nadprzyrodzonej interwencji udręczone ciało, owinięto w nowe prześcieradło, okryto sutanną, czarnym ornatem i prze­łożono do nowej trumny, którą umieszczono na rusztowaniu w środku krypty. Wieść o cudzie szybko rozeszła się po Polesiu. Ludność chcąca oddać hołd Andrzejowi Boboli przypominała sobie opowieści snute przez ojców o  heroizmie jezuickiego kapłana. Niezłomny kapłan potrafił także odwdzięczyć się współbraciom za spełnienie jego prośby. Szwedzi grabiący Rzeczpospolitą nie zniszczyli Pińska, a epidemia, która pochłonęła w tym czasie wiele tysięcy istnień ludzkich ominęła tę ziemię.

 

 

 Zostanę w Królestwie Polskim za głównego patrona

Interwencja Andrzeja Boboli zakończona odnalezieniem jego ciała nie była ostatnia. Po stu latach trwania lokalnego kultu zamordowanego przez kozaków kapłana, jezuita ponownie przypomniał się Polakom.

 

W 1819 objawił się dominikaninowi Alojzemu Korzeniewskiemu. Zakonnik po dłuższych modlitwach zanoszonych w intencji odzyskania przez Polskę niepodległości ujrzał postać, która przedstawiła się jako Andrzej Bobola. Ojciec Korzeniewski otrzymał polecenie spojrzenia przez okno, wówczas jego oczom ukazała się – zamiast znajomego widoku wirydarza wileńskiego klasztoru – rozległa równina. Widok ten miał przedstawiać, jak powiedział Andrzej Bobola, ziemię pińską, gdzie dostąpił „chwały cierpień męczeństwa za wiarę Chrystusową”. Wkrótce widok uległ gwałtownej zmianie – równinę pokryło walczące zaciekle wojsko. „Gdy skończy się wojna, którą widzisz, wtedy, królestwo Polski zostanie przywrócone przez miłosierdzie Boże, a ja zostanę w nim uznany jako główny patron” – usłyszał o. Korzeniewski.

 

Zadanie uczynienia z Andrzeja Boboli patrona do najłatwiejszych nie należało, nie był on bowiem wówczas nawet beatyfikowany. Do zakończenia przedłużającego się m. in. z powodu kasaty Jezuitów i rozbiorów Polski procesu doszło dopiero 24 czerwca 1853 r.

 

Sprawa patronatu nad Polską powracała wielokrotnie podczas dramatycznych wydarzeń, których nie brakowało w historii naszej Ojczyzny. Pojawiła się m.in. po sierpniowym Cudzie nas Wisłą w 1920 roku. Ponownie zaistniała po kanonizacji, która miała miejsce w Rzymie 17 kwietnia 1938 roku. 

 

O potrzebie uznania świętego za Patrona Polski przypomniano również po ogłoszeniu w 1957 r. przez papieża Piusa XII w „trzechsetną rocznicę chwalebnego męczeństwa św. Andrzeja Boboli” encykliki Invicti athletae Christi (Niezwyciężony Atleta Chrystusa). W papieskim dokumencie zawarto m. in. odezwę do narodu polskiego z wezwaniem do nieugiętego trwania przy religii i Kościele:

 

Niechże więc idąc za jego świetlanym przykładem nadal bronią ojczystej wiary przeciw wszystkim niebezpieczeństwom, niech usiłują obyczaje do norm chrześcijańskich dostosować, niech to sobie mają mocnym przekonaniem za największą chwałę swojej Ojczyzny, jeżeli przez nieugięte naśladowanie niezachwianej cnoty przodków to osiągną, żeby Polska zawsze wierna była dalej „przedmurzem chrześcijaństwa”. Zdaje się bowiem wskazywać „historia, [...] jako świadek czasów, światło prawdy [...] i nauczycielka życia”, że Bóg tę właśnie rolę narodowi polskiemu przeznaczył. Niechże więc mężnym i stałym sercem usiłują tę rolę wypełnić, unikając wrogich podstępów i zwalczając przy pomocy łaski Bożej wszystkie przeciwności i próby. Niech spoglądają na nagrodę, jaką Bóg obiecuje tym wszystkim, co nie szczędząc wysiłków z najwyższą wiernością i gorącą miłością żyją, działają i walczą dla zachowania i rozszerzenia na ziemi Bożego Królestwa pokoju.

 

Starania biskupów polskich przerwał jednak wybuch II wojny światowej. Ognik nadziei na szczęśliwe doprowadzenie sprawy do końca tlił się przez niemal cały okres komunistycznego zniewolenia jakiemu po 1945 roku uległa Polska. Trzeba było jednak czekać, aż do 2002 roku kiedy to święty Andrzej został drugorzędnym Patronem Polski (oznacza to m. in. iż w kościelnej liturgii nie przysługuje mu „uroczystość”, a „święto”).

 

Jestem Święty Andrzej Bobola. Zacznijcie mnie czcić w Strachocinie

Choć do kanonizacji pochodzącego z niedużej wsi koło Sanoka Andrzeja Boboli doszło w 1938 roku, to do lat osiemdziesiątych XX wieku w jego rodzinnej Strachocinie mało, lub z goła nikt nie upominał się o należyte upamiętnienie świętego. I znów święty Andrzej musiał wziąć sprawy w swoje ręce.

 

Przez lata kolejni lokatorzy starchocińskiej plebanii byli świadkami niepokojących zdarzeń. Wspominali o nich m. in. Wiesław Kielar, siostrzeniec ks. Władysława Barcikowskiego, proboszcza w Strachocinie w latach 1912-1942, oraz ks. Ryszard Mucha, proboszcz w latach 1970-1984. Ten ostatni szczególnie dotkliwie przeżył potkania z „nieznanym przybyszem zza światów”.

 

Jak relacjonował – obejmujący w niecodziennych okolicznościach probostwo – ks. Stanisław Niźnik „przyjmuje się, że to z powodu wydarzeń na plebanii, ks. Ryszard podupadł na zdrowiu. Pojawiająca się i znikająca postać nigdy nie czyniła krzywdy ks. Ryszardowi. Jedynie przypominała, że czegoś oczekuje. Problem  sprowadzał się do odkrycia prawdy, o nieznanej postaci, której strój sugerował, że jest kapłanem. Długa czarna sukmana, ciemna broda i smukła sylwetka - oto charakterystyczne cechy pojawiającej się osoby. To wszystko wiemy z przekazów ks. Ryszarda. Ludzie nie bardzo wierzyli w to, co przeżywał proboszcz, a odwiedzający go koledzy, nie zawsze z uwagą słuchali jego opowiadań. Stan zdrowia kapłana ulegał pogorszeniu, aż przyszła poważna choroba i ks. Ryszard znalazł się w szpitalu”.

 

Także i księdzu Józefowi święty Andrzej nie zamierzał dać spokoju. Opisane na początku gwałtowne interwencje powtarzały się przez następne cztery lata. W nocy 16 na 17 maja 1987, zjawiająca się postać na jego pytanie duchownego: „kim jesteś? i czego chcesz?” - odpowiedziała: „Jestem Święty Andrzej Bobola. Zacznijcie mnie czcić w Strachocinie”. Kiedy ksiądz Niżnik podjął się realizacji tego wezwania nękające go wizje ustąpiły. Relikwie świętego Andrzeja Boboli trafiły do Strachociny 16 maja 1988 roku.

 

 Relikwie św. Andrzeja Boboli w Wilnie

 

 

Modlitwa za pośrednictwem św. Andrzeja Boboli:

 

 

 

Boże, który świętego Andrzeja, 

udręczonego różnymi torturami

za wyznawanie prawdziwej wiary,

uwieńczyłeś chwalebnym męczeństwem,

spraw, prosimy, abyśmy trwając w tej samej wierze gotowi byli raczej

znieść wszystkie przeciwności niż ponieść szkodę na duszy.

Składamy Ci, Panie, nasze prośby, usilnie błagając, abyś

dzięki zasługom świętego Andrzeja, męczennika,

utwierdził nas w wyznawaniu prawdziwej wiary

i udzielił swojemu Kościołowi darów jedności i pokoju.

 

Oddając cześć świętemu Andrzejowi, męczennikowi, błagamy Cię, Panie,

aby za wstawiennictwem świętego Andrzeja, męczennika,

owce, które zginęły, powróciły do prawdziwego Pasterza

i karmiły się zbawiennym pokarmem.

Przez Chrystusa, Pana naszego.

 

 

Źródło:

www.stacja7.pl

 

www.pch24.pl

 

 

ZOBACZ TAKŻE:

360 rocznica męczeńskiej śmierci św. Andrzeja Boboli

 

 

Odsłony: 584